×

Sława, kariera i wyprzedane stadiony to marzenie każdego muzyka. Niestety nie wszystkim jest dane je spełnić. Potrzebny jest do tego nie tylko talent, lecz również łut szczęścia i… dobry menedżer, który odpowiednio pokieruje artystę lub cały zespół. Czasem to wręcz od niego zależy sukces danego wykonawcy, który nie zawsze wie, jak wykorzystać swój potencjał. Zapraszamy do lektury ostatniej części cyklu o menedżerach muzycznych, którzy zmienili bieg historii.

Pink Floyd i Steve O'Rourke

Steve O'rourke i Pink Floyd

Pink Floyd to jeden z najważniejszych zespołów w historii muzyki rockowej. Powstał w 1965 roku z inicjatywy Syda Barretta, który początkowo pełnił rolę wokalisty. Z czasem, gdy zaczęły pojawiać się coraz poważniejsze problemy psychiczne, jego funkcję przejął David Gilmour, który grał również na gitarze. Wkrótce frontmanem został basista grupy, Roger Waters, który również odpowiadał za śpiew. Choć Pink Floyd rozpoczynał działalność w podziemiu londyńskiej sceny psychodelicznej, szybko zyskał popularność, wyznaczając zupełnie nowy trend w muzyce rozrywkowej. To właśnie tą formację uznaje się za twórców nowego gatunku, jakim jest art rock. Twórczość zespołu charakteryzuje się niespokojnym i podniosłym klimatem, politycznymi i społecznymi tekstami oraz dbałością o szczegóły, które słychać dosłownie w każdej nucie. Ale czy to było wystarczające, by zrobić tak wielką karierę? Być może, gdyby nie Steve O’Rourke, panowie nadal by grali w podrzędnych pubach na angielskiej prowincji.


O’Rourke był agentem muzycznym Pink Floyd od 1968 roku aż do swojej śmierci w 2003 roku. Miał również czynny udział w negocjacjach, związanych z ponownym koncertowaniem zespołu z Rogerem Watersem, który opuścił jego szeregi w 1983 roku. Steve z wykształcenia był księgowym, a swoją pierwszą pracę rozpoczął jako młodszy menedżer i specjalista ds. finansów w firmie należącej do agencji muzycznej NEMS Enterprises. Pieczę nad Floydami objął po tym, jak ze zespołu odszedł Syd Barrett, a wkrótce potem założył własną firmę EMKA Productions. Tak rozpoczęła się jego wieloletnia przygoda ze światową muzyką, której sam stał się cichym współtwórcą. Poza wspieraniem Pink Floyd, O’Rourke pasjonował się również wyścigami samochodowymi. Swoją miłość do szybkich aut dzielił z perkusistą Floydów, Nickiem Masonem, a także, choć w mniejszym stopniu, z Davidem Gilmourem. Gitarzysta po śmierci agenta wydał w 2006 roku solowy album „On a island”, który był poświęcony pamięci menedżera.

Iron Maiden i Rod Smallwood

Muzyka heavy metalowa być może nigdy nie byłaby tak popularna, gdyby nie Iron Maiden. Choć ten gatunek istniał jeszcze przed powstaniem zespołu, to jednak „Żelazna dziewica” miała duży wpływ na jego popularyzację. Formacja powstała w 1975 roku i przez ten czas kilkukrotnie zmieniała wokalistę. Dla wielu fanów jedynie słusznym frontmanem jest obecny gardłowy, czyli Bruce Dickinson, który po nagraniu najważniejszych albumów odszedł z zespołu, by po sześciu latach powrócić. I tak jest do dziś, co bardzo cieszy całą maidenową społeczność. Twórczość grupy wyróżnia się nie tylko charakterystycznym brzmieniem gitar i charyzmatycznym śpiewem Dickinsona, lecz również całą otoczką, jaką wokół siebie zbudowała. Jednym z jej najbardziej rozpoznawalnych znaków jest maskotka zespołu – Eddie, który pojawia się na wszystkich okładkach albumów, gadżetach, a także na koncertach. To humanoidalno-mechaniczna postać, która wyglądem przypomina zombie, mumię lub cyborga. 

Iron Maiden sukces bez wątpienia zawdzięcza swojej muzyce i pomyśle na siebie. Jednak duży wpływ na karierę zespołu miał takżę jego menedżer, Rod Smallwood. Muzyka rockowa towarzyszyła mu już od dzieciństwa i choć marzył o zawodzie architekta, jego pierwsze prace polegały na organizowaniu imprez towarzyskich. Kiedy po kilku latach w 1979 roku postanowił wrócić na studia, ale tym razem prawnicze, trafiła do niego taśma demo Iron Maiden. Szybko skontaktował się z założycielem grupy, Stevem Harrisem i zorganizował dla muzyków dwa występy w londyńskich pubach. Choć obydwa przedsięwzięcia okazały się totalną klapą, Smallwood zdecydował, że chce pokierować karierą grupy. Wkrótce potem założył niezależną wytwórnię Sanctuary Records Group, która z czasem okazała się jedną z najważniejszych firm wydawniczych w Wielkiej Brytanii. Niestety w 2007 roku wytwórnia przestała istnieć, a sam Smallwood już rok wcześniej odszedł, by wraz z Andym Taylorem założyć agencję Phantom Music Management, która skupiała się wyłącznie na promowaniu Iron Maiden.

Freddie Mercury i Paul Prenter

Uważany jest za najwybitniejszego wokalistę w historii rocka. Freddie Mercury, bo o nim mowa, to posiadacz niezwykle charakterystycznej barwy głosowej, dzięki której macierzysta kapela muzyka, Queen zdobyła zawrotną karierę. Choć członkowie grupy doskonale wiedzieli, w jakim chcieli iść kierunku, to właśnie pomysły Freddiego sprawiły, że wszyscy pokochali jej twórczość. Nikt wcześniej w tak odważny sposób nie występował na scenie, łącząc w sobie elementy teatralnego show, połączonego z kunsztem muzycznym na wysokim poziomie. W twórczości Queen nie było miejsca na przerost formy nad treścią. Tam wszystko było dopracowane w każdym szczególe. Choć droga do sławy nie zawsze była usłana różami, upór i determinacja muzyków sprawiły, że formacja stała się żywą legendą. Jej potencjał potrafił dobrze wykorzystać menedżer Paul Prenter, który doskonale wiedział, co świetnie się sprzeda, a co okaże się kitem. Niestety, jego chore ambicje nie tylko wywindowały grupę na szczyty, lecz również doprowadziły do osobistej tragedii Freddiego.

Prenter bardzo szybko dostrzegł, że Queen na ogromne szanse na zrobienie międzynarodowej kariery. Zrozumiał to głównie dzięki osobowości Mercury’ego, w którym widział coś więcej, niż tylko charyzmatycznego lidera. Fascynacja wokalistą przerodziła się w niebezpieczną obsesję, która początkowo przypominała koleżeńską troskę, a z czasem okazała się podstępną grą. Kiedy wyszło na jaw, że homoseksualny Prenter zakochał się we Freddiem, który także był gejem, posypała się cała lawina nieszczęśliwych zdarzeń. Choć według Paula oddzielenie wokalisty od Queen było najlepszym dla niego rozwiązaniem, w rzeczywistości przyniosła mu zgubę. To właśnie wtedy Mercury popadł w uzależnienie narkotykowe i zachorował na depresję. Pomimo, że miał wszystko – sławę, kochającego mężczyznę u boku i olbrzymi majątek – w głębi serca nie czuł się szczęśliwy. Dopiero, gdy zrozumiał, że osoba, która deklaruje wobec niego miłość, tak naprawdę działa na jego szkodę, zdecydował zerwać z nim współpracę i wrócić do Queen.

Jan Matysiuk

Specjalista w świecie instrumentów i technologii muzycznej. Od lat doradza klientom Riffu, testuje sprzęt i dzieli się wiedzą, by pomóc każdemu znaleźć idealne brzmienie.

Zobacz wpisy autora